Czas, pieniądze, praca…
Witam Was po przerwie! Jakby coś, tytuł nie odnosi się do mnie, tylko do szeroko pojętego określenia jakim jest “społeczeństwo”. A jak wiemy, społeczeństwo ostatnimi czasy to jedna wielka kupa gówna, aczkolwiek gdy coś się dzieje niedobrego to ludzie potrafią się solidaryzować i pomagać innym, co wczoraj bardzo mnie zdziwiło. Tylko nie bardzo wiem, czy to jest solidarność “anty kanarowa”, czy jednak ludzie się z litości odezwali - nie mam zielonego pojęcia! Ale przechodząc do sedna sprawy, tudzież do opowiedzenia całej historii, która jest bądź, co bądź dość ciekawa, śmieszna no i czasami naprawdę frustrująca.
3 Marca 2008r., pochmurne popołudnie. Tramwaj linii 12, numer wozu 1811. Wraz z Quarthem i Baqiem wsiadamy do tego złoma przy ul. Kopcińskiego i kierujemy się w stronę ul. Piotrkowskiej. Trochę uprzedzony do kanarów wyjmuję z kieszeni bilet i w drugim wagonie udaję się w stronę kasownika w środkowej części wagonu. Okazuje się, że jest zablokowany, a co gorsze, widzę, że gość obok mnie wyjmuje legitymację i już wiem… - kanar. Ale stosując się do opowieści Dantego, jak to w Wawie blokują kasowniki, żeby biletu nie skasować, myślałem, że nasi też znają takie sztuczki, ale troszku się pomyliłem. W każdym razie, odszedłem od kasownika i wróciłem do chłopaków w tylnej części tramwaju, kiedy podszedł kanar. I już słyszę te słowa, które przyprawiają mnie o dreszcze - “bileciki do kontroli”. Nie wiem dlaczego nie “bilety”, tylko “bileciki” do cholery?! W każdym razie, BaQ pokazuje migawkę, ja tłumaczę dlaczego mam czysty bilet i wciskam kolesiowi kit, że myślałem, że to on zablokował kasownik, ale się cholera myliłem - ten drugi był sprawny (xD). Ah! Został jeszcze Quarth! No tak, ten miał pecha… szukał biletu wśród 30, czy 40 skasowanych, ale nie fart, bo jak znalazł czysty to to lamerstwo i tak mu wypisało kwitek za darmową przejażdżkę. Czego to dowodzi? Że kanarzy to idioci, a mpk daje ciała pod każdym względem. Jak nie uszkodzony kasownik, to rozpieprzony tabor. Istna tragedia, a jeszcze roczek się z tym męczyć trzeba.
Poruszając już dwa z trzech części tytułu, pora na ten ostatni. Na to, co mnie ostatnio
najbardziej irytuje. Nawet bardziej niż kanarzy - brak punktualności! Od zawsze mnie uczono, żeby być kulturalnym, bla, bla, bla… nie SPÓŹNIAĆ SIĘ (!), ale niektórym to do łba nie wchodzi. God damn! Nie wiem jak to jest możliwe, że ja się potrafię wyrobić, a gość z którym jestem umówiony na 11, który mieszka 5 minut wolnym tempem ode mnie spóźnia się po 30minut, godzina… zależnie od nastroju. No to jest jakaś abstrakcja. Ja rozumiem, jakby był spoza miasta, ale nie do cholery, on mieszka 250 metrów ode mnie! To jest chore! Chociaż, teraz przypomniał mi się ktoś inny, kto pomimo umawiania się, kilka minut przed samym spotkaniem potrafi sobie znaleźć inne zajęcie. To jest dopiero frustrujące! Wyobraźcie sobie, jesteście umówieni, wychodzicie z domu, jesteście już w połowie drogi i dzwoni telefon - naturalne, że odbieracie. Jednak to co słyszycie doprowdza Was do szału - dlaczego? Bo nagle okazuje się, że ta osoba musi “gdzieś” pojechać. Tego chyba już nic nie przebije, ale mam nadzieję, że nigdy więcej w ten sposób czasu nie zmarnuje… (little bit ironically).
A jaki płynie morał z tego, że zużyłem trochę klawiaturę, żeby to napisać? A no taki, żeby
kasować bilety i nie umawiać się z ludźmi, którzy nie potrafią dotrzymać słowa… simple conclusion.